Najpiękniejszy dzień w moim życiu

Dwunasty sierpnia okazał się być najpiękniejszym dniem w moim życiu. Szczęście przyszło całkiem niespodziewanie, wyłoniło się zza rogu. A może to mi udało się je w końcu złapać w dłonie, jak wielobarwnego motyla, który zawsze jest gdzieś w pobliżu, ale wciąż ucieka? Może właśnie mi udało się odjąć jeszcze jedną cegiełkę z muru, który mnie otacza? (Czekam na stwierdzenie, że przedawkowałam Pink Floyd.)

Cieszę się jak dziecko z tego, co mnie dziś spotkało.
Ale co takiego się stało? Dla wielu będzie to nic specjalnego. Wstałam zła jak osa na sprzątaczki i sprzątaczy, którzy urządzając sobie głośną pogawędkę na ławce pod moim oknem zdołali wyciągnąć mnie z łóżka o godzinie siódmej. Zjadłam pozostałości kotletów z ciecierzycy w formie tortilli, która rozpadała się w rękach. To, i fakt, że właśnie musiałam wyrzucić popsutą paprykę, a poprzedniego dnia wylądował w koszu także pomidor, wcale nie poprawiało mojego nastroju. Usiadłam przed komputerem, próbując zrobić jakiś znośny nagłówek, gdy nagle spostrzegłam, że jest już po trzynastej, a ja nadal siedzę w piżamie. Z mokrymi włosami wyszłam, a raczej wybiegłam z domu i popędziłam na autobus. Oczywiście, w międzyczasie we znaki wdała się astma w połączeniu z nadwagą i kawałek musiałam jednak przejść spokojniej. Na przystanku okazało się, że niepotrzebnie się tak spieszyłam, bo autobus i tak przyjechał ze dwie minuty później. Całą drogę dokuczało mi gorąco i brak wody przy sobie. Dodatkowo, ciągle zamartwiałam się, co będzie, jeśli się spóźnię do fryzjera. Szczęśliwie na miejsce dotarłam trzy minuty przed czasem, zaliczając po drodze chwilowe zabłądzenie (stolica taka duża, ja taka mała!). Potem czekanie w słońcu na spóźniający się tramwaj. Pół godziny i jestem u chłopaka, który znów nie wyszedł po mnie na przystanek. Podobno sprzątał. Oczywiście, nie trzeba mówić, że zastałam tylko gorszy bałagan niż ten, który widziałam ostatnio. Wieczorem tylko powrót do domu i samotność przed komputerem.

Ale wiecie co? Jestem szczęśliwa. Cieszę się, że wstałam wcześniej, przez co mogłam trochę popracować nad nagłówkiem. Cieszę się, że finalnie znalazłam salon, w którym nie używa się degażówek i cieszę się z efektu pracy fryzjerki, dzięki której czuję się niesamowicie. Cieszę się z zakupionej po drodze na przystanek mrożonej kawy, która uratowała mnie przed zmianą stanu skupienia. Cieszę się ze znalezionego miejsca w tramwaju, który na dodatek był klimatyzowany. Cieszę się także, albo nawet przede wszystkim, że nic złego nie przytrafiło się ani mi, ani żadnej z bliskich mi osób. I w końcu – cieszę się, że po ponad półtorarocznej pracy nad sobą jestem w stanie doceniać i cieszyć się z drobnostek. Jasne, nadal jestem przewrażliwioną pesymistką, „złe myśli” nadal będą powracać, nieraz będę płakać i nieraz nawet zabraknie mi na to sił, jednak cieszę się, że to nie dziś. Dziś jest dobrze. Dziś jestem wolna.

I liczę na więcej „najpiękniejszych dni w życiu”.

Reklamy

4 thoughts on “Najpiękniejszy dzień w moim życiu

Dodaj myśl

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s